<< Powrót do strony głównej

Punktualnie o siódmej dwudziestu tworzących organizację mężczyzn przemieściło się – niespiesznie, w synchronicznej niemal-choreografii indywidualnych manieryzmów – do spartańsko urządzonej sali konferencyjnej na trzecim piętrze. Fotel przewodniczącego był już zajęty. Nie wymieniono powitań ani uprzejmości, albowiem przewodniczący uznawał takie gesty za zbędne, jeśli nie wręcz, zważywszy na naturę organizacji, za objaw hipokryzji. Zajęli miejsca przy stole według przypisanych im numerów; numery od jeden do dwadzieścia jeden były jedynym oznaczeniem ich tożsamości, a nawet i te ulegały rotacji: liczbę przesuwano o dwie cyfry o północy pierwszego dnia każdego miesiąca. Nikt nie palił – alkohol był całkowitym tabu, a na tytoń spoglądano podejrzliwie – nikt też po zajęciu miejsca nie spojrzał na arkusz agendy, której kopie czekały rozłożone na stole przed fotelami. Wszyscy siedzieli nieruchomo, zwróceni ku przewodniczącemu, w skupieniu, które, gdyby je odmalować na pospolitszych twarzach, można by błędnie wziąć za nieuczoną czołobitność.

 

Każdy, komu przyszło zetknąć się z Numerem 2 – a taki właśnie alias przypadł przewodniczącemu w tym miesiącu – musiałby doznać podobnych odczuć. Przewodniczący był jednym z tych ludzi, spotykanych nie więcej może niż dwa czy trzy razy w ciągu całego życia, którzy w niewytłumaczalny sposób przykuwali uwagę; unikalna powierzchowność, połączona z opanowaniem, kryła nieomylność i zwierzęcy magnetyzm. Stado zawsze rozpozna tę cechę, a prymitywne plemię zawsze obierze jej posiadacza za wodza. Wielcy w historii tego świata, być może Czyngis-chan, na pewno Aleksander Macedoński i Napoleon, musieli ją mieć. Jak inaczej wyjaśnić tę całkiem niedawną masową hipnozę, to zdominowanie osiemdziesięciomilionowego uzdolnionego europejskiego narodu przez miernotę pokroju Hitlera? Numer 2 roztaczał taki sam antyblask, mimowolnie rozpoznawalny przez peonów, a już w pełni świadomie uznany przez tych dwudziestu wybranych. Cała dwudziestka, pomimo cynizmu przeszywającego ich jestestwa i zdolności, pomimo zinstrumentalizowanego postrzegania przez nich reszty lasy ludzkiej, widziała w nim Najwyższego Przywódcę, prawie boga.

 

Przewodniczący nazywał się Ernst Stavro Blofeld. Syn Polaka i Greczynki, urodzony w Gdyni 28 maja 1908 roku, absolwent historii i politologii Uniwersytetu Warszawskiego, studiował póżniej radioelektronikę na Politechnice Warszawskiej i w wieku dwudziestu pięciu lat objął skromną posadę w centrali Ministerstwa Poczt i Telegrafów. Osobliwa ścieżka kariery jak na niezwykle bystrego młodego człowieka, ale Blofeld wcześnie doszedł do interesujących wniosków co do przyszłych losów ludzkości: szybka i bezbłędna komunikacja będzie, w kurczącym się świecie, kluczem do władzy. Informacja. Uchwycenie, co jest prawdą, a co nie, zanim uchwyci to przeciwnik, jest i było podstawą wszelkiego procesu decyzyjnego, czy na wojnie czy w czasie pokoju, a przez to i krytycznym budulcem społecznych hierarchii opartych na kompetencjach. Teoria ta przez lata sprawdzała się niezawodnie: przez ręce Blofelda przechodziły niezliczone radiogramy i choć czynił z nich użytek na Giełdzie Kupieckiej nieczęsto – tylko gdy miał absolutną pewność – to za każdym razem wygrywał wysoko. Charakter przekazywanych informacji jednakże z czasem uległ zmianie: Polska mobilizowała się, a gdy przez jego wydział na Poczcie Głównej przebiegły pierwsze serie szyfrowanych zamówień na uzbrojenie i niepokojących depesz dyplomatycznych, Blofeld zmienił taktykę. To były bezcenne informacje, lecz nie dla niego, a dla nieprzyjaciela. Początkowo nieporadnie, z wprawą rosnącą stopniowo, kopiował zaszyfrowane transmisje, wyławiając z nonsensownych ciągów znaków nagłówki „Pilne” i „Tajne”. Zaczął też ostrożnie tworzyć siatkę fikcyjnych agentów. Były to osoby jak najbardziej rzeczywiste: mało znaczące figury zatrudnione w ambasadach i koncernach zbrojeniowych, do których transmisje adresowano; młodszy szyfrant w ambasadzie brytyjskiej, tłumaczka we francuskiej, asystenci i sekretarki w wielkich zbiurokratyzowanych firmach. Nazwiska spisane z oficjalnych list personelu dyplomatycznego, nazwiska zdobyte w niewinnej rozmowie telefoniczej. Telefonuję w imieniu Czerwonego Krzyża w sprawie darowizny, czy mogę prosić o numer do sekretariatu prezesa? I tak dalej. Gdy siatka urosła, Blofeld nadał jej nazwę TARTAR i wykonał dyskretne podejście do niemieckiego attaché wojskowego, demonstrując mu parę próbek swej działalności. Odesłano go natychmiast do IV Ekspozytury Abwehry i dalej już poszło łatwo. Gdy już kociołek bulgotał wesoło, pieniądze napływały (Blofeld przyjmował wyłącznie dolary amerykańskie), w dodatku w ekspresowym tempie (Blofeld tłumaczył, że przecież musi wszystkich swych agentów opłacać), postanowił poszerzyć rynek. Rozważał Rosjan, lecz zrezygnował; Czechów także, ale płacili z opóźnieniem albo i wcale. Wybrał Amerykanów i Szwedów, i pieniądze rzeczywiście się pojawiły. Wkrótce zorientował się – a był wyczulony na sprawy bezpieczeństwa do granic obsesji – że gra na dwóch frontach nie może trwać wiecznie. Kiedyś nastąpi przeciek. Być może pomiędzy niemieckimi a szwedzkimi wywiadami (od swoich bezwiednych szpiegów słyszał czasem to i owo, skądinąd i mimochodem, niedopowiedzenia, jakieś plotki, urywki), gdy służby te okazjonalnie ze sobą współpracowały; albo może aliancki kontrwywiad coś wytropi; albo ktoś z TARTAR-u umrze czy zostanie przeniesiony, a on nadal używałby jego tożsamości jako źródła. Tak czy inaczej, zgromadził już dwieście tysięcy dolarów, a widmo wojny zaczęło nabierać kształtów. Nadszedł czas, by zniknąć, zaszyć się w jakimś zakątku świata, gdzieś, gdzie będzie bezpieczniej.

 

Blofeld przeprowadził operację swojego zniknięcia po mistrzowsku. Najpierw stopniowo wygasił interes. Francuzi i Anglicy, wyjaśnił, zaostrzyli rygory; jest jakiś wyciek, oświadczył z nutą wyrzutu swojemu oficerowi prowadzącemu; sekretarce się odwidziało; dyplomata zażądał więcej pieniędzy. Potem zwrócił się do swojego człowieka na Giełdzie i, zjednawszy jego milczenie tysiącem dolarów, zainwestował wszystkie oszczędności w obligacje Shell na okaziciela, po czym ukrył je w anonimowej skrytce depozytowej w Diskonto Banku w Zurychu. Zanim wykonał ostatni ruch – zanim obwieścił, że jest spalony i że Wydział IIb Zabezpieczenia i Tajemnicy Sztabu Głównego Wojska Polskiego depcze mu po piętach – zjawił się w Gdyni i pod pretekstem poszukiwań nieistniejącego przyjaciela zręcznie usunął zapisy o swoim urodzeniu z akt stanu cywilnego i z księgi parafialnej kościoła, w którym go ochrzczono. Teraz już trzeba było tylko fałszerza, a tych można znaleźć w każdym większym porcie. Zakupiwszy paszport po jakimś kanadyjskim marynarzu, zaokrętował się na najbliższy statek do Szwecji. W Sztokholmie przyczaił się na pewien czas, rozważając, co dalej. Gdy doszedł do przekonania, jaki będzie prawdopodobny obrót działań wojennych, wyleciał, tym razem na oryginalnym polskim paszporcie, do Stambułu i, przelawszy środki z Zurychu do Banku Osmańskiego, czekał na klęskę Polski. Klęska nadeszła i Blofeld wystąpił o status uchodźcy, wspierając podanie odpowiednimi sumami u odpowiednich urzędników. Osiedlił się więc w Turcji, a Radio Ankara zatrudniło uchodźcę-eksperta z otwartymi ramionami. Blofeld zaczął teraz budować nową siatkę szpiegowską na wzór TARTAR-u, nazwawszy ją RAHIR. Tym razem siatka była nieco solidniejsza, bo Blofeld nie spieszył się ze sprzedażą informacji; czekał, aż wojna sama wyłoni zwycięzcę i postawił na Aliantów dopiero po wyparciu Rommla z Afryki. Po wojnie, w blasku chwały, obsypany odznaczeniami przez Anglików, Francuzów i Amerykanów, mając pół miliona dolarów w szwajcarskich bankach i szwedzki paszport na nazwisko Serge Angstrom, zniknął znowu. Wymknął się do Ameryki Południowej, by wypocząć, nacieszyć się dobrym jedzeniem i przemyśleć nowy stan świata.

 

W tej właśnie chwili Ernst Blofeld – uznał, że może bezpiecznie wrócić do swojego nazwiska – siedział przy stole konferencyjnym w kamienicy przy Bulwarze Haussmanna, przyglądając się w milczeniu twarzom dwudziestu mężczyzn. Wyszukiwał oczu, które nie odpowiadały mu jednoznacznym spojrzeniem. Tęczówki Blofelda był ciemne, niemal czarne, otoczone czystymi białkami, a wrażenie lalkowatej sztuczności tego połączenia wzmagały rzęsy, długie jak u kobiety. Wzrok lalki był przy tym zrelaksowany, właściwie pasywny, co najwyżej z nutą zaciekawienia. Wzrok, który niewinnego otulał uspokojeniem, aurą bezpieczeństwa, kokonem, w którym można się rozluźnić, wiedząc, że nic nie grozi. Ale winnego odzierał z fałszywych zasłon, wystawiał na widok niczym złotą rybkę w szklanej kuli, taksował z tym ledwie zamarkowanym zaciekawieniem, oddzielającym prawdę od masek i kamuflażu. Wzrok jak mikroskop, instrument podłączony do szybkiego i jasnego umysłu, przytomności wyostrzonej przez trzydzieści lat życia w ciągłym zagrożeniu, umysłu wyprzedzającego katastrofę bezbłędnie i zawsze o krok, a przy tym zbierającego żniwo sukcesu z każdego przedsięwzięcia.

 

Policzki pod oczami mierzącymi obecnych nie były obwisłe ani opuchnięte; żadnych śladów choroby ani folgowania przyjemnościom, żadnych oznak wieku na szerokiej gładkiej twarzy, której krótka fryzura i wyrazista linia szczęki nadawały wygląd niezależności i zdecydowania. Jedynie usta pod raczej przysadzistym nosem sugerowały, że twarz może należeć do filozofa albo naukowca. Wąskie i dumne, jak źle zagojona rana, ze ściśniętymi wargami zdolnymi jedynie do skrzywionych, nieserdecznych uśmiechów, zdradzały okrucieństwo i pogardę w Shakespearowskiej niemal skali. Nic, co składało się na Blofelda, nie było przeciętne. Ważył około dwustu osiemdziesięciu funtów. Niegdyś samych mięśni – w młodości podnosił amatorsko ciężary – ale przez ostatnie dziesięć lat masa uległa zmiękczeniu i teraz okazały brzuch ukrywały spodnie o swobodnym kroju i szyte na miarę dwurzędowe marynarki, jak ta dzisiejsza z beżowej irchy. Dłonie Blofelda były wydłużone i spiczaste, ruchliwe tylko gdy trzeba. Nie pił ani nie palił dla relaksu, nie było też o nim wiadomo, czy sypia z kimkolwiek, którejkolwiek płci. Nawet nie jadł zbyt dużo. Gdy szło o przywary czy fizyczne słabości, Blofeld był zagadką dla wszystkich, którzy go znali.

 

Dwudziestu mężczyzn siedzących przy stole w oczekiwaniu, aż przemówi, była dość osobliwą mieszaniną narodowych typów, ale łączyło ich pewne podobieństwo. Wszyscy między trzydziestką a czterdziestką, wszyscy z wyglądu fizycznie sprawni, i prawie wszyscy – z wyjątkiem dwóch – mieli szybkie i ostre spojrzenie polujących wilków i jastrzębi. Ci dwaj odmienni byli naukowcami, o nieobecnym wzroku naukowców – Kotze, fizyk ze wschodnich Niemiec, który przedostał się na Zachód przed pięcioma laty i wymienił zimnowojenne sekrety na skromną pensję i żywot emeryta w Szwajcarii, oraz Masłow – poprzednie nazwisko Kandyński – polskiego pochodzenia ekspert od elektroniki, który z niewyjaśnionych powodów porzucił posadę w wydziale badawczym koncernu Philips w Eindhoven i zniknął bez śladu. Pozostałych osiemnastu tworzyło trzyosobowe komórki (Blofeld zaadaptował popularny u komunistów system konspiracji) i rekrutowało się z sześciu grup narodowych, a ściślej z sześciu syndykatów przestępczych i tajnych służb w tych krajach. Było więc trzech Sycylijczyków z Unione Siciliana; trzech Francuzów korsykańskiego pochodzenia z Unione Corsa, związku przestępczego podobnego do mafii, kontrolującego niemal całe podziemie we Francji; trzech byłych członków SMIERSZ-u, nie całkiem formalnie istniejącej sowieckiej struktury poziomej powołanej do eliminacji zdrajców i wrogów państwa, a którą rozwiązał Chruszczow w 1958 roku; trzech pozostałych przy życiu członków Sonderdienst Gestapo; trzech jugosłowiańskich osiłków, którzy odeszli z bezpieki marszałka Tito, oraz trzech tureckich górali (Turcy z nizin są do niczego), niegdyś związanych z RAHIR-em, później z organizacją znaną jako KRYSTAL z siedzibą w Bejrucie, szmuglującą heroinę przez Bliski Wschód do Europy. Osiemnastu ludzi, obeznanych w arkanach konspiracji, przemocy i milczenia, miało nadto jeszcze jedną wspólną cechę – każdy miał solidną przykrywkę. Każdy miał ważny paszport z wbitymi wizami do kluczowych krajów świata i żaden nie miał teczki w Interpolu ani w rodzimych służbach policyjnych. Ten fakt – czysta karta pomimo brudnego życiorysu – był najwyższą kwalifikacją do członkostwa w SPECTRE, Special Executive for Counterintelligence, Terrorism, Revenge and Extortion.

 

Założycielem i przewodniczącym tego prywatnego przedsiębiorstwa, powołanego dla zysku, był Ernst Stavro Blofeld.

 

Ian Fleming, Thunderball, The New American Library/Signet Books, New York 1961, s. 37-42

Tłumaczenie: PR6

 

<< Powrót do strony głównej